Te róże były moją dumą. Hodowałam je przez trzy lata. Ale Juliette uważała, że wszystko, nad czym nie miała kontroli, wymagało korekty.
Podczas gdy ona krytykowała moje meble i kwiaty, Sarah i Kate zajęły się wyspą kuchenną. Bez pytania rozłożyły przekąski, torby, kubki, chusteczki i zabawki na moich czystych blatach. Ich dzieci biegały po domu jak burza w butach.
Ośmioletni Tyler wylał sok z lodów na mój biały dywan i zażądał, żebym mu powiedział, gdzie jest łazienka.
„Idź korytarzem, kochanie” – powiedziałam, sięgając już po odkurzacz do dywanów.
Jego siostra Madison zajrzała do mojej spiżarni i poskarżyła się: „Czemu nie masz dobrych przekąsek?”
Te „dobre przekąski” to oczywiście te, które zawsze kupowałam. Te, których nigdy nie przynosili. Te, które magicznie znikały z mojego budżetu na zakupy spożywcze w każde święta.
Juliette zawołała z tarasu: „Annie, mięso wygląda na trochę suche. Jesteś pewna, że go nie przesmażyłaś?”
Uśmiechnąłem się, bo krzyczenie nie było oznaką uprzejmości.
Kiedy w końcu wyszli tamtej nocy, zdążyli już zjeść jedzenie warte prawie dwieście dolarów, zostawić śmieci na moim podwórku, lepkie odciski palców na moich drzwiach i kartoniki po soku za kanapą.
Bryan pomógł mi załadować zmywarkę, podczas gdy ja wybierałam patyczki do lodów z grządek kwiatowych.
„Bee” – powiedziałem, używając jego przezwiska – „twoja matka znowu przesunęła kanapę”.
„Ona tylko próbuje pomóc, Nini” – powiedział łagodnie, choć widziałam na jego twarzy poczucie winy.
„Zjadła też artykuły spożywcze warte dwieście dolarów. Znowu.”
Westchnął. „Wiem. Porozmawiam z nią.”
Ale oboje wiedzieliśmy, że prawdopodobnie tego nie zrobi. Bryan mnie kochał, ale całe życie starał się nie denerwować matki. A ja przez lata starałam się być cierpliwa.
Następnego ranka zadzwoniła Juliette.
„Aniu, kochanie! Wczoraj bawiliśmy się wspaniale. Dzieci wciąż mówią o tych żeberkach.”
„Cieszę się, że im się spodobały” – powiedziałem.
„I wszyscy przyjeżdżamy na Czwartego Lipca” – kontynuowała. „Cała ekipa. Zrobimy z tego weekend. Czyż to nie będzie fajne?”
Zacisnęłam dłoń na telefonie.
„Cały weekend?” – zapytałem.
„Tak! Przyjedziemy w piątek po południu. Upewnij się, że weźmiesz mnóstwo tych małych kiełbasek. Dzieciaki je pochłaniają. A Sarah nie przestaje mówić o twojej sałatce ziemniaczanej. Nie zapomnij o żeberkach, kochanie. Soczyste, jak ostatnio.”