Daty, kryptonimy, procedury i notatki. Völker zapisał wszystko z kliniczną chłodnością, która czyniła zapis jeszcze bardziej niepokojącym. Badany: Kobieta, zmarła w temperaturze 28°C. Dawkowanie: Zmarła rano w temperaturze Chvordi Gyüyse. Czas trwania: 22 minuty. Uwaga: Utrata przytomności po 18 minutach. Temperatura ciała: 30 minut. Badany zmarł w nocy.
Strona po stronie, te same adnotacje powtarzano niestrudzenie. Liczby, dane o zgonach, jakby były statystykami badań rolniczych, a nie rejestrem tortur. Morozow spędził tygodnie zamknięty w swoim gabinecie, czytając i ponownie czytając każdą stronę. Szukał nieścisłości, ale wszystko wydawało się autentyczne. Pismo było jednolite, medyczne słownictwo precyzyjne, szczegóły anatomiczne dokładne. A ton był równie uderzający. Völker nie pisał jak przestępca próbujący ukryć swoje czyny. Pisał jak badacz dokumentujący eksperyment naukowy. Żadnego śladu winy, żadnego eufemizmu, żadnej próby moralnego usprawiedliwienia, tylko fakty, obserwacje i wnioski. Ale najbardziej szokujące nie były same eksperymenty. Najbardziej szokująca była naturalność, z jaką je opisano. Völker nie okazywał poczucia winy. Nie używał eufemizmów. Po prostu relacjonował fakty, niczym naukowiec obserwujący reakcję chemiczną. I to ujawniło coś przerażającego. Dla niego te kobiety nie były prawdziwymi ludźmi. Były materią biologiczną. A ta dehumanizacja nie była wynikiem nienawiści ani sadyzmu, lecz zimnej, racjonalnej, niemal biracjalnej logiki. Było to banalne zło, jak opisała lata później filozofka Hanna Arind w swojej pracy „Analiza zbrodni nazistowskich” (Analiza zbrodni nazistowskich).
Morozow wiedział, że musi zweryfikować autentyczność notatników, zanim je upubliczni. Skonsultował się z grafologami, którzy potwierdzili, że zapis pochodzi z lat 40. XX wieku. Konsultował się również ze specjalistami, historykami Wehrmachtu, którzy rozpoznali stosowane kody i terminologię. Wysłał próbki papieru do laboratorium w Szwajcarii, które potwierdziło, że papier i tusz odpowiadały tym używanym w Niemczech podczas wojny. Wszystko wskazywało na jedno: zeszyty były autentyczne. Morozow stał się nimi obsesyjnie zainteresowany. Spędził lata, porównując informacje z innymi dokumentami, starając się zweryfikować ich autentyczność i znalazł wskazówki. Raporty niemieckich żołnierzy wspominały o eksperymentalnej jednostce medycznej w zachodniej Rosji, prowadzonej bez udziału władz. Zeznania byłych żołnierzy potwierdziły istnienie ośrodków przesłuchań, w których przetrzymywano cywilów. Szczątki ludzkie odkryte w 1978 roku odpowiadały zeszytom. Wszystko do siebie pasowało, ale czegoś wciąż brakowało. Było wystarczająco dużo żyjących świadków. Przeszukał archiwa radzieckie. Skontaktował się ze stowarzyszeniami byłych członków partii. Zamieścił ogłoszenia w gazetach regionalnych. Ale lata później nie otrzymał odpowiedzi. Wiele kobiet, które przeżyły obóz, zmarło dziesiątki lat później. Inni wyemigrowali, zrywając wszelkie więzi z przeszłością. A ci, którzy jeszcze żyli, często woleli milczeć; mówienie o tym było ponownym przeżywaniem horroru, a ponowne przeżywanie go było zbyt bolesne.
W 1991 roku, po upadku Związku Radzieckiego, Morozow zamieścił ogłoszenie w rosyjskich gazetach, prosząc o kontakt wszystkich, którzy byli więzieni w niemieckich obozach w zachodniej Rosji w latach 1943–1944. Nie spodziewał się wiele, ale otrzymał trzy listy. Trzy kobiety, teraz już w podeszłym wieku, twierdziły, że były więźniarkami, w co nikt nie uwierzył. Morozow udał się do nich, a ich zeznania zmieniły wszystko. Pierwszą była 78-letnia Sofia Lebiediewa z Moskwy. Schwytana w 1943 roku w wieku 21 lat, została oskarżona o bycie imprezowiczką. Została zabrana do starej fabryki i przetrzymywana tam przez osiem miesięcy. Kiedy Morozow pokazał jej strony z zeszytami, zaczęła drżeć.
„Pamiętam ten rozkaz” – powiedziała, wskazując na notatki. „Zdejmij ubranie i uklęknij. Słyszałam go codziennie, bez żadnych skrępowań”.
Opowiadała o zbiornikach z lodowatą wodą, zastrzykach, zabieraniu kobiet i braku kary. Potem powiedziała coś, co poruszyło Morozowa.
„Najgorszy nie był ból”. Najgorsza była świadomość, że nikogo nie obchodzimy, że nie istniejemy dla świata, że jesteśmy niczym.
Sophia opowiadała, jak kobiety starały się wspierać nawzajem w celach, jak szeptały modlitwy w ciemności.