Margarita opowiedziała również szczegół, który zmroził Morozowa do szpiku kości. Pamiętała młodą kobietę, prawdopodobnie osiemnastoletnią, przywiezioną do obozu w marcu 1944 roku. Była w piątym miesiącu ciąży. Volker był nią zafascynowany. Chciał zaobserwować wpływ zimna na płód. Poddawał ją wielokrotnym testom hipotermii. Młoda kobieta błagała, płakała i krzyczała, że donosi dziecko, że zrobi wszystko, czego on zechce, ale że musi je zatrzymać. Volker nie odpowiedział. Po prostu robił notatki w swoim notatniku, zimno i metodycznie, jakby zapisywał dane meteorologiczne. Dwa tygodnie później poroniła. Płód został wyjęty i zakonserwowany w słoiku z formaldehydem, a młoda kobieta zmarła z powodu krwotoku trzy dni później. Margarita pamiętała jej twarz, ale nie imię. Nikt nie znał jej imienia. Była tylko numerem w notatniku Volkera. Obiekt 34:
Margarita pamiętała również, jak niemiecka pielęgniarka, ta sama, która płakała bezgłośnie, próbowała jej pomóc po poronieniu. Przyniosła ze sobą chusteczki, żeby zatamować krwawienie. Trzymała młodą kobietę za rękę, ale Völker kazał jej przestać.
„Nie wtrącaj się” – powiedział. „Pozwól procesowi toczyć się swoim torem. Potrzebuję czystych danych”.
Pielęgniarka cofnęła się. Powinna była posłuchać, ale Margarita zobaczyła jej twarz, ból w oczach, zobaczyła, jak coś w niej pękło w tym momencie.
„Myślę, że była równie ofiarą, jak my” – powiedziała Margarita. „Tylko jej więzienie było niewidzialne”.
Trzecie miejsce zajęła 69-letnia Jelena Griszyna, która po wojnie wyemigrowała do Izraela. Nigdy nie opowiedziała o swoich przeżyciach, nawet rodzinie. „Próbowałam zapomnieć” – powiedziała Morozowowi – „ale takich rzeczy się nie zapomina. Pozostają głęboko zakopane, a kiedy się ich dotknie, wypływają na powierzchnię, jakby to było wczoraj”.
Elena potwierdziła istnienie piwnicy. „Wiedzieliśmy, że tam na dole są ciała. Czuliśmy to, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo rozmowa o tym oznaczałaby przyznanie się, że my będziemy następni”.
Przed wojną Jelena była profesorką literatury. Została aresztowana za odmowę usunięcia zakazanych książek z biblioteki uniwersyteckiej. Pamiętała, jak podczas eksperymentów recytowała w myślach wiersze Tiutczewa. To był jej sposób na ucieczkę, na zachowanie człowieczeństwa, na przypomnienie sobie, że istnieje coś poza tym bólem. Zwierzyła się Morozowowi, że nawet teraz, prawie pięćdziesiąt lat później, nie potrafi czytać Tiutczewa bez drżenia.
„Słowa, które mnie uratowały, teraz mnie ranią” – mruknęła. „Każdy wers przypomina mi o tym miejscu, o zimnie, o bólu, o kobietach, które umarły obok mnie”.
Elena mówiła też o poczuciu winy ocalałych. „Dlaczego ja? Dlaczego ja przeżyłam, a oni nie? Co mnie wyróżniało? Nic. To był po prostu pech. Okrutny, przypadkowy pech. I noszę ten ciężar każdego dnia. Każdego dnia widzę ich twarze, słyszę ich głosy i zadaję sobie pytanie: czy zasługuję na życie, kiedy oni umrą?”
Dzięki ich zeznaniom Morozow mógł sporządzić obszerny raport. Prowadził kolejne dziesięć lat badań, przeprowadzając wywiady z byłymi niemieckimi żołnierzami i konsultując archiwa wojskowe. W końcu, w 2001 roku, opublikował książkę zatytułowaną „Milczące kobiety Smoleńska”. Książka wywołała silną reakcję w Rosji i za granicą. Po raz pierwszy historia obozu medycznego Punkt 23 ujrzała światło dzienne, a reakcja była szokująca. Nie dlatego, że nazistowskie okrucieństwa były nieznane – były już powszechnie znane – ale dlatego, że ta konkretna historia została całkowicie wymazana. Te kobiety zginęły anonimowo, bez śladu, bez wspomnienia. A bez tych pamiętników, odkrytych przypadkiem, nigdy by nie istniały. Książka została przetłumaczona na kilka języków, studiowana na uniwersytetach, nakręcono filmy dokumentalne i zorganizowano wystawy. Nagle te zapomniane kobiety zaczęły na nowo odkrywać swoją tożsamość. Rodziny kontaktowały się z Morozowem, tłumacząc, że ich babcia, ciotka lub matka zaginęły podczas wojny i nigdy nie wróciły. Niektórym w końcu udało się ustalić imiona tych kobiet. Niektórzy w końcu mogli opłakiwać bliską osobę, która zniknęła nieświadomie.
Ale jedno pytanie pozostało bez odpowiedzi. Co stało się z Föckerem? Zniknął po ewakuacji obozu w 1944 roku. Nie odnaleziono żadnych aktów aresztowania, procesu ani zgonów. Niektórzy sądzili, że uciekł do Ameryki Południowej, jak inni nazistowscy zbrodniarze wojenni. Inni uważali, że przyjął nową tożsamość i żył spokojnie w Niemczech Zachodnich aż do śmierci ze starości. Ale prawda jest taka, że nikt nie wie, a ta bezkarność bywa równie przerażająca, jak same zbrodnie. Morozow spędził lata szukając jakiegokolwiek śladu Föckera. Zapoznał się z listami z procesu norymberskiego. Przeszukał archiwa Massada, które śledziły nazistowskich zbiegów. Skontaktował się ze śledczymi w Argentynie, Brazylii i Paragwaju. Ale nic nie znalazł. Volker zniknął, jakby nigdy nie istniał. I gdzieś, być może, dożył sędziwego wieku, spokojnie, bez konieczności ponoszenia konsekwencji swoich czynów, bez ponoszenia ceny, bez konieczności ponoszenia za nie odpowiedzialności. To była kolejna rana, która nigdy się nie zagoi. Ale historia na tym się nie kończy, ponieważ kilkadziesiąt lat później jedna z ocalałych zrobiła coś, co zmieniło wszystko: postanowiła wrócić.
Wiosna 2005. Sofia Lebedeva miała 83 lata. Spędziła 62 lata, próbując zapomnieć o tym miejscu. Ale nie mogła. Obrazy prześladowały ją nieustannie, głosy wciąż rozbrzmiewały, gdy była sama. Im więcej czasu mijało, tym bardziej czuła potrzebę powrotu. Nie po zemstę, nie po to, by skonfrontować się z duchami, ale by zamknąć cykl, który nigdy się nie zakończył. Przez lata odrzucała ten pomysł. Powtarzała sobie, że to bez sensu, że to niczego nie zmieni, że umarli nie żyją, a przebudzenie przeszłości tylko ponownie otworzy traumy. Ale coś w niej nie chciało odpuścić. To było jak niezapłacony dług, złamana obietnica. Przeżyła. Tak wielu innym się nie udało. I czuła, że jest im coś winna. Musiała dać świadectwo. Musiała wrócić na miejsce tragedii i powiedzieć: „Pamiętam, istniałeś, nie jesteś zapomniany”.
Zaprosiła Morozowa, żeby jej towarzyszył. Zgodził się. I razem, w chłodny kwietniowy poranek, pojechali na Smoleńsk, na teren dawnej fabryki włókienniczej. Parking, zbudowany w latach 80., wciąż tam stał. Popękany asfalt, kilka pustych miejsc. Żadnych tablic rejestracyjnych, żadnego pomnika, żadnego śladu po tragedii. Sofia stała nieruchomo na środku parkingu, z zagubionym wzrokiem, szukając czegoś znajomego.
„To było tutaj, Ki” – powiedziała. „Jestem tego pewna. Była tam brama, wejście do piwnicy. Pamiętam każdy kamień”.
Podróż tutaj była dla niej trudna. W pociągu milczała, z wzrokiem utkwionym w okno, z rękami ciasno owiniętymi wokół kolan. Morozow nie próbował się odezwać. Wiedział, że niektórych rzeczy nie da się wyrazić słowami. Kiedy dotarli na najbliższą stację, zawahała się, zanim wysiadła.
„Nie wiem, czy dam radę” – mruknęła, ale i tak zeszła na dół, bo wiedziała, że musi.
Morozow przyniósł fotografie starych przedmiotów, map i dokumentów. Udało mu się dokładnie określić lokalizację wejścia do fabryki. Sophia powoli podeszła, opierając się na lasce. Kiedy dotarła na miejsce, upadła na kolana i zaczęła płakać. To nie był niedawny ból. To był stary ból, nagromadzony, ściśnięty przez dziesięciolecia. I teraz, w końcu, mogła go z siebie wyrzucić. Jej dłonie drżały, ciało uginało się pod ciężarem wspomnień. Dotknęła asfaltu, jakby przez warstwy betonu i czasu czuła ziemię, gdzie pochowano tak wiele kobiet. Zamknęła oczy i zobaczyła je: Elżbietę, Małgorzatę, Annę, Klarę, Izabelę, Jeanne. Rozmazane twarze, stłumione głosy, duchy, które nigdy jej nie opuściły.
„Nie zasłużyli na to” – powiedziała między szlochami. „Żadne z nas na to nie zasłużyło, ale oni zasłużyli na to jeszcze mniej, bo ja przeżyłam. Oni nie”.
Pozostała tam w milczeniu przez prawie godzinę, ledwo oddychając, jakby się żegnała. Potem zrobiła coś nieoczekiwanego. Wyjęła z torby krótką listę nazwisk. Nazwisk, które pamiętała od lat. Kobiet, które spotkała, kobiet, które znała w tym miejscu. Kobiet, które nigdy nie wróciły. I zaczęła czytać nazwiska na głos, jedno po drugim: Elizawieta Sokołowa, Margarita Iwanowa, Anna Pietrowna, Klara Smirnowa, Izabella Kuzniecowa, Żanna Wołkowa. Imiona bez nazwisk, czasem bez dat, bez twarzy. Ale pamiętała i teraz, w końcu, rozbrzmiały głośnym echem, tam na górze, w tym samym miejscu, gdzie zostały zmiażdżone.
Morozow robił notatki. Sfilmował scenę małą kamerą, którą przyniósł. Wiedział, że ta chwila jest historyczna, nie tylko dla Zofii, ale dla wszystkich kobiet, których imiona były wymawiane. To był akt odrodzenia, akt oporu przeciwko zapomnieniu i wiedział, że musi to zachować. Po przeczytaniu wszystkich imion Zofia wyjęła z torby małą kopertę. W środku był kosmyk włosów. Jej własny kosmyk, obcięty w 1943 roku, kiedy przybyła do obozu. Trzymała go przez 62 lata. Nie wiedziała dlaczego. Może jako dowód. Może jako łącznik z młodą kobietą, którą była. Może po prostu dlatego, że nie mogła bez niego żyć. Ale teraz wiedziała, co musi zrobić. Wsunęła kosmyk włosów w małą szczelinę w asfalcie.
„Wreszcie jesteś wolny” – mruknęła. „Ja też”.
Morozow wykorzystał te dokumenty, aby wywrzeć presję na władze rosyjskie, aby wzniesiono pomnik. Proces był długi: biurokracja, debaty, problemy budżetowe i opór tych, którzy nie chcieli przywoływać bolesnych wspomnień. Ale Morozow się nie poddał. Pisał artykuły, wygłaszał wykłady, przekonywał polityków i mobilizował stowarzyszenia ocalałych. W końcu, w 2010 roku, w tym miejscu zainstalowano małą, brązową tablicę pamiątkową. Napisano na niej: „W tym miejscu, w latach 1943–1944, dziesiątki radzieckich kobiet zostało torturowanych i zamordowanych z rozkazu nazistowskich sił okupacyjnych. Niech pamięć o nich, nawet zapomniana, nigdy nie zostanie wymazana”.
Inauguracja pomnika była głęboko wzruszającym momentem. Obecne były dziesiątki osób: rodziny ofiar, historycy, studenci, dziennikarze i Sophia. Siedząc w pierwszym rzędzie, zadziwiająco wyprostowana pomimo wieku, wpatrywała się w tablicę pamiątkową. Kiedy mer zdjął zasłonę, zamknęła oczy i wymamrotała coś niewyraźnie. Ale Morozow, siedzący obok niej, zobaczył jej usta. Powiedziała: „Dziękuję”.
Po ceremonii kilka osób podeszło do Zofii. Niektórzy byli potomkami ofiar zaginionych podczas wojny. Inni byli po prostu poruszeni jej historią. Młoda kobieta, prawdopodobnie dwudziestokilkuletnia, uścisnęła jej dłoń i powiedziała: „Moja babcia zaginęła w 1943 roku. Nazywała się Klara Dubova”.