„Zdejmijcie ubrania”. To, co zrobili im potem niemieccy żołnierze, jest odrażające…

“Austien Unthinknen, rozbierz się i uklęknij.”

Rozkaz został powtórzony przez żołnierzy łamaną, ale zrozumiałą rosyjszczyzną. Niektóre kobiety posłuchały natychmiast, już zrezygnowane. Inne wahały się, rozglądając się dookoła, szukając sposobu, by być świadkami cudu. Ale nie było nic, tylko chłód, cisza i obojętne spojrzenie doktora Volkera. Volker nie krzyczał, nie groził; po prostu czekał. A kiedy wszyscy byli na kolanach, nadzy i bezbronni, zaczynał swoją pracę, wstrzykując nieznane substancje. Kobiety otrzymywały zastrzyki roztworów, których składu nie znały. Volker obserwował reakcje: wymioty, drgawki, utratę przytomności. Zapisywał wszystko w swoich notatnikach: czas wystąpienia reakcji, intensywność objawów, czas zgonu, jeśli w ogóle nastąpił. Wszystko było rejestrowane z naukową precyzją.

Testy odporności na zimno. Kobiety zanurzano nago w basenach z lodowatą wodą o temperaturze od 2 do 5 stopni Celsjusza, unieruchamiając je skórzanymi pasami, które wrzynały się w ich nadgarstki i kostki. Volker mierzył czas, po jakim traciły przytomność. Sprawdzał temperaturę ich ciała co pięć minut za pomocą termometrów doodbytniczych. Kontakt był brutalny i agresywny, co dodatkowo upokarzało tortury fizyczne. Niektóre kobiety wytrzymywały 15 minut, inne pół godziny. Żadna nie wytrzymała dłużej niż godzinę. Kiedy wyciągano je z wody, ich skóra była sinawa, usta fioletowe, a oczy szkliste. Niektóre nigdy nie odzyskały przytomności. Zabierano je z powrotem do cel, gdzie umierały w samotności, nocą, z zimna.

Volker nie tylko obserwował; testował również różne metody ogrzewania. Niektóre kobiety, zanurzone aż do śmierci, przyciskano do nagich ciał niemieckich żołnierzy, aby sprawdzić, czy ludzkie ciepło może je ożywić. Inne zanurzano w wrzącej wodzie, powodując szok termiczny, który często prowadził do zatrzymania akcji serca. Volker wszystko dokumentował. Według jego notatek, najskuteczniejszą metodą było stopniowe ogrzewanie za pomocą podgrzewanych koców. Jednak ten wniosek kosztował życie dziesiątki osób. Kobiety umierały z powodu hipotermii, zatrzymania akcji serca w wyniku wstrząsu, a wszystko to w celu zapisywania informacji w czarnym notesie. Inny eksperyment polegał na celowym wywoływaniu infekcji.

Volker wstrzykiwał żywe bakterie – tężec, gangrenę, posocznicę – w małe nacięcia nóg lub ramion więźniów. Następnie obserwował postęp infekcji bez leczenia. Notował, jak szybko rosła gorączka, jaki był kolor skóry wokół rany i kiedy zaczynało się majaczenie. Niektórzy umierali po trzech dniach, inni po tygodniu. Porównywał wyniki i tworzył schematy. A kiedy więzień umierał, po prostu odnotowywał: „Następnie zmarła osoba numer 12”. Przeprowadzał również próby eksperymentalnych środków antyseptycznych stosowanych na otwarte rany bez znieczulenia. Kobiety krzyczały, walcząc z pasami, które przytrzymywały je na metalowych stołach. Volker mierzył natężenie bólu, obserwując skurcze mięśni, rozszerzenie źrenic i tętno. Dla niego ból nie był cierpieniem. Wymagało to danych fizjologicznych, które należało zarejestrować i przeanalizować.

Ale być może najbardziej niepokojąca była stała obecność oficera SS Klausa Rittnera. Nigdy nikogo nie dotykał. Nigdy nie wydawał bezpośrednich rozkazów. Po prostu obserwował i robił notatki. Nosił mały czarny skórzany notes i pisał wiecznym piórem, zawsze stojąc, zawsze w milczeniu, zawsze z tym samym zimnym spojrzeniem, jakby był świadkiem rutynowego zabiegu chirurgicznego, a nie okrucieństwa. Rittner reprezentował coś bardziej podstępnego niż sam Völker. Völker był naukowcem, aczkolwiek przewrotnym. Rittner był biurokratą. Nie brudził sobie rąk, ale jego obecność potwierdzała wszystko. Był oficjalnym świadkiem, strażnikiem administracyjnej legalności. I to właśnie ta biurokratyzacja horroru umożliwiła to wszystko. Bez Rittnera Völker byłby jedynie szalonym doktorem. Z Rittnerem był licencjonowanym śledczym. I to właśnie to pozwolenie, ta systemowa aprobata, uczyniły z nazistowskiej machiny coś bardziej niebezpiecznego niż zwykła przemoc indywidualna.

Niemieckie pielęgniarki pracujące pod kierownictwem Föckera reagowały na różne sposoby. Niektóre unikały patrzenia więźniom w oczy. Inne nabierały mechanicznej sztywności, wykonując polecenia z mechaniczną precyzją, jakby emocjonalny dystans był jedynym sposobem na przetrwanie. Greta Hoffmann prowadziła sekretny dziennik. Napisała w nim:  „Nie wiem już, kim jestem. Stałam się kimś innym. Osobą, która trzyma kobietę za ręce, podczas gdy lekarz odcina jej palce. Osobą, która już nie płacze. Kimś, kogo już nie poznaję w lustrze”.

Greti miała zaledwie 23 lata, kiedy została przydzielona do jednostki medycznej Obozu 23. Przed wojną marzyła o zostaniu pielęgniarką pediatryczną, pracy w hamburskim szpitalu i opiece nad dziećmi. Ale wojna zmieniła wszystko. Teraz spędzała dni, będąc świadkiem tortur. W swoim dzienniku opisuje próby ucieczki myślami. Recytowała wiersze Goethego. Przypominała sobie piosenki z dzieciństwa. Wyobrażała sobie siebie gdzie indziej. Ale to działało tylko w połowie, bo jej ręce wciąż tam były, trzymając instrumenty. Jej oczy wciąż widziały, a jej obecność, nawet bierna, czyniła z niej współwinną.

Ofiary starały się chronić na wszelkie możliwe sposoby. Niektóre odprawiały małe rytuały mentalne, licząc do tysięcy, recytując modlitwy, przywołując twarze dzieci, których mogły już nigdy nie zobaczyć. Inne po prostu traciły przytomność, pogrążając się w stanie emocjonalnego odrętwienia bliskiego śmierci. Ale ciało nie zapomina. Nawet gdy umysł próbuje uciec, ciało rejestruje każdy ból, każde upokorzenie, każde naruszenie. I nigdy nie blaknie.

W lipcu więźniarka, około 25 lat, oznaczona jedynie numerem 19, zdołała wyryć zardzewiałym gwoździem na ścianie swojej celi wiadomość:  „Nazywam się Elizawieta Sokołowa. Istniałam”.

Podczas wykopalisk w ruinach w 1977 roku wiadomość wciąż tam była, pokryta mchem, ale czytelna. Została sfotografowana, skatalogowana i dziś jest eksponowana w moskiewskim muzeum, jako część stałej wystawy poświęconej zbrodniom wojennym. Elżbieta była nauczycielką w małej wiosce niedaleko Smoleńska. Została aresztowana za odmowę wydania żydowskiej rodziny, którą ukrywała w piwnicy. Miała 26 lat. Uwielbiała poezję Puszkina i grała na skrzypcach. Marzyła o podróżach po Europie po wojnie. Nigdy ich nie zrealizowała. Zmarła w tej celi trzy dni po wyryciu swojego imienia. Ale to imię pozostało i dziś jest wszystkim, co po niej pozostało.

Mimo wszystko niektóre przeżyły nie dlatego, że zostały uratowane, ale dlatego, że ich ciała, z nieznanego powodu, wytrzymały dłużej niż pozostałe. Podczas ewakuacji Obozu Medycznego nr 23 w kwietniu 1944 roku, 17 kobiet wciąż żyło. Przeniesione do innych obozów, zginęły w chaosie końca wojny. Niektóre zostały wyzwolone przez aliantów w 1945 roku, ale wkrótce potem zmarły, złamane zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Nielicznym udało się wrócić do domów. Nigdy jednak nie opowiedziały o tym, co przeżyły. Przynajmniej nie publicznie, bo kto by im uwierzył?

Powojenne społeczeństwo sowieckie odmawiało uznania tych okropności. Pragnęło uzdrowienia, zapomnienia, zmiany zdania. Kobiety, które przeżyły te obozy, nosiły w sobie niesprawiedliwy wstyd, wstyd narzucony im przez świat, który wolał je ignorować. Co więcej, za czasów Stalina ocalałe z niemieckich obozów były często uważane za zdrajczynie. Przesłuchiwane przez NKWD, oskarżone o kolaborację z wrogiem, wiele z nich traciło pracę, trafiało do łagrów lub żyło pod ciągłą obserwacją. Milczały więc. Ukrywały wspomnienia. Próbowały wrócić do normalnego życia, ale niektóre rany nigdy się nie goją. Nigdy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *