„Wystarczy na autobus. Pospiesz się, mama już czeka na nas z obiadem.”
Stałem nieruchomo przed wejściem do szpitala, trzymając mojego pięciodniowego synka mocno przy piersi. Świeży ból po cesarskim cięciu pulsował brutalnie, niczym powolny ogień palący skórę.
Przez ułamek sekundy myślałem, że chyba się przesłyszałem.
Dominic Vance, mój mąż od dwóch lat, właśnie wcisnął mi w dłoń pognieciony banknot pięćdziesięciodolarowy i kilka monet. Nie wziął przeładowanej torby z pieluchami. Nie zapytał, czy potrafię chodzić. Nawet nie spojrzał na Leo, naszego noworodka, bezpiecznie otulonego miękkim, białym kocykiem.
„Dominic… co masz na myśli, mówiąc o autobusie?” – zapytałam, a mój głos załamał się w gęstym popołudniowym upale. „Właśnie mnie wypisali. Ledwo mogę zrobić krok bez bólu”.
Wypuścił zirytowany oddech i przewrócił oczami, jakby moja rana pooperacyjna była niczym więcej, jak tylko przesadą.
„Nie zaczynaj, Audrey. Moja siostra wstała i przeprowadziła się trzy dni po porodzie i nie wywołała nawet połowy tego dramatu, co ty. Poza tym to nie godzina szczytu. Bez problemu znajdziesz miejsce.”
Za nim, pod polerowanym szklanym daszkiem prywatnego szpitala na Upper East Side, czekał lśniący, czarny, customowy SUV, którego podarował mi ojciec przed ślubem. Dominic korzystał z niego niemal codziennie, zawsze upierając się, że „prezentuje właściwy wizerunek menedżera” podczas spotkań z inwestorami venture capital.
Inaczej wyobrażałam sobie powrót do domu. Wyobrażałam sobie Dominica otwierającego drzwi, pomagającego mi usiąść, może mówiącego coś tak prostego, jak: „Poszło ci niesamowicie dobrze”. Nic wielkiego. Po prostu coś miłego. Coś ludzkiego.
Zamiast tego odwrócił się i skierował w stronę krawężnika.
„A co z SUV-em?” zapytałem, czując na skórze zimny wiatr.
Dominic skinął brodą w stronę parkingu. „Potrzebuję samochodu. Moi rodzice i Natalie przylatują dziś po południu. Załatwiłem już rezerwację premium w Carbone. Nie odwołam ważnego rodzinnego obiadu tylko dlatego, że chcesz się zachowywać jak ktoś delikatny”.
Patrzyłam na niego, nie mogąc złapać oddechu.
W tym momencie z holu wyłoniła się reszta rodziny Vance – moja teściowa Victoria, mój teść Arthur i siostra Dominica, Natalie. Śmiali się, elegancko ubrani, przesiąknięci drogimi perfumami, zachowując się, jakby wychodzili na zwyczajny niedzielny brunch. Natalie przeszła obok mnie, zerknęła raz na dziecko i ledwo zareagowała.
„O, świetnie, w końcu wyszedłeś. Dominic, ruszajmy się, bo stracimy miejsce w ławce.”