” Naprawdę ? “
Spojrzał na mnie, jego imponująca postać wydawała się nieszkodliwa, gdy klęczał przy regale z książkami. „Ellaner, całe życie byłem niewolnikiem. Wykonywałem pracę przymusową w upale, który zabiłby większość ludzi. Byłem bity za swoje błędy, sprzedawany z dala od rodziny, traktowany jak gadający wół”. Wskazał gestem wygodny pokój. „To życie tutaj, troska o kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, dostęp do książek i rozmów… To nie jest cierpienie”.
„Ale nadal jesteś niewolnikiem”.
„Tak, ale wolę być tu z tobą, jako jeniec, niż gdzie indziej, wolny i samotny”. Wrócił do książek. „Czy to takie złe?”
„Nie wierzę w to. Wydaje mi się, że to słuszne.”
Ale oto, czego mu nie powiedziałam. Czego wciąż nie mogłam przyznać przed sobą. Zaczynałam coś czuć. Coś niemożliwego. Coś niebezpiecznego.
Pod koniec kwietnia ustaliliśmy już rutynę. Rano Josiah pomagał mi się przygotować, a potem zabierał mnie na lunch. Potem wracał do kuźni, a ja zajmowałam się rachunkami domowymi. Po południu wracał i spędzaliśmy razem czas.
Czasami obserwowałem go przy pracy, zafascynowany tym, jak przemieniał żelazo w użyteczne przedmioty. Innym razem czytał mi bajki, a jego umiejętność czytania ze zrozumieniem znacznie się poprawiła dzięki dostępowi do biblioteki mojego ojca i moim prywatnym lekcjom. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim: o jego dzieciństwie na innej plantacji, o matce, którą sprzedano, gdy miał dziesięć lat, i o jego marzeniach o wolności, które wydawały się nieosiągalne.
I mówiłem o mojej matce, która zmarła przy porodzie. O wypadku, który mnie sparaliżował, o poczuciu uwięzienia w ciele, które już nie funkcjonuje, i w społeczeństwie, które mnie odrzuciło. Byliśmy dwojgiem wyrzutków, którzy znaleźli pocieszenie w sobie nawzajem.
W maju coś się zmieniło. Obserwowałem Josiaha przy pracy w kuźni, rozgrzewającego żelazo, aż stało się pomarańczowe, a następnie nadającego mu kształt precyzyjnymi ciosami.
„Myślisz, że mógłbym spróbować?” – zapytałem nagle.
Wydawał się zaskoczony. „Spróbować czego?”
„Pracuję w kuźni. Kowalę coś.”
„Eleanor, jest gorąco, niebezpiecznie i…”
—Nigdy w życiu nie robiłem niczego wymagającego wysiłku fizycznego, bo wszyscy zakładają, że jestem na to zbyt kruchy, ale może z twoją pomocą.
Długo się we mnie wpatrywała, po czym skinęła głową. „Dobrze, pozwól mi wszystko bezpiecznie przygotować”.
Postawił mój wózek inwalidzki w pobliżu kowadła, podgrzał mały kawałek żelaza, aż stał się kowalny, położył go na kowadle, a następnie podał mi lżejszy młotek.
„Po prostu uderz tam. Nie przejmuj się siłą. Po prostu poczuj, jak metal się porusza.”
Uderzyłem mocno. Młot uderzył w żelazo z lekkim, głuchym odgłosem. Ledwo zostawił ślad.
„Jeszcze raz. Napnij ramiona.”
Uderzyłem mocniej. Uderzyłem lepiej. Żelazo lekko się wygięło.
„Dobrze. Jeszcze raz.”
Waliłem bezlitośnie. Paliły mnie dłonie. Bolały mnie ramiona. Pot spływał mi po twarzy. Ale wykonywałem pracę fizyczną, kształtując metal własnymi rękami. Gdy żelazo ostygło, Josiah podniósł lekko wypaczony kawałek.
„Twój pierwszy projekt. Nic nadzwyczajnego, ale udało ci się”. Odłożyła żelazko. „Jesteś silniejszy, niż myślisz. Zawsze byłeś. Musiałeś tylko dokonać właściwego wyboru”.
Od tego dnia spędzałem godziny w kuźni. Josiah nauczył mnie podstaw: jak nagrzewać metal, jak go kuć, jak nadawać mu kształt. Nie byłem wystarczająco silny do ciężkich prac, ale potrafiłem tworzyć małe przedmioty: haki, proste narzędzia, ozdoby.
Po raz pierwszy od czternastu lat od wypadku poczułem się całkowicie wyleczony. Moje nogi nie były wystarczająco silne, ale ramiona i dłonie działały. I to mi wystarczyło w kuźni.
Ale działo się coś jeszcze. Coś, czego nie mogłem kontrolować.
Czerwiec przyniósł kolejne objawienie. Pewnego popołudnia byliśmy w bibliotece. Josiah czytał Keatsa na głos. Jego czytanie poprawiło się tak bardzo, że potrafił czytać złożone teksty. Jego głos idealnie nadawał się do poezji: głęboki, dźwięczny, nadający ciężar każdemu wersowi.
„Piękno to wieczna radość” – przeczytała. „Jej piękno rośnie. Nigdy nie zniknie w nicość”.
„Wierzysz w to?” – zapytałem. „To piękno jest wieczne”.
„Wierzę, że piękno trwa w pamięci. Piękno samo w sobie może przeminąć, ale pamięć o pięknie pozostaje.”
„Co najpiękniejszego kiedykolwiek widziałeś?”
Przez chwilę milczał. Potem: „Wczoraj, w kuźni, cały w sadzy, spocony, śmiejący się, wbijając ten gwóźdź. To było cudowne”.
Serce zabiło mi mocniej. „Josiah, przepraszam. Nie powinnam była…”
„Nie”. Przysunęłam wózek bliżej miejsca, w którym siedział. „Powiedz to jeszcze raz”.
„Byłaś piękna. Jesteś piękna. Zawsze byłaś, Elellanar. Wózek inwalidzki tego nie zmieni. Twoje kalekie nogi tego nie zmienią. Jesteś inteligentna, miła, odważna i, tak, fizycznie piękna”. Jego głos stał się groźny. „Dwunastu mężczyzn, którzy cię odrzucili, było ślepych. Zobaczyli wózek inwalidzki i odwrócili wzrok. Nie widzieli ciebie. Nie widzieli kobiety, która nauczyła się greki tylko dlatego, że mogła, która czytała filozofię dla przyjemności, która nauczyła się kuć żelazo pomimo kalekich nóg. Nie widzieli tego wszystkiego, bo postanowili nie widzieć”.
Wyciągnąłem rękę i ująłem ją za rękę, jej ogromną, poranioną dłoń, zdolną zginać żelazo, a ona trzymała moją, jakby była ze szkła. „Widzisz mnie, Josiah?”
„Tak, widzę je wszystkie. A ty jesteś najpiękniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem.”
Słowa wyrwały mi się z ust, zanim zdążyłam je powstrzymać. „Chyba się w tobie zakochuję”.
Cisza, która zapadła, była ogłuszająca. Niebezpieczne słowa. Niemożliwe słowa. Biała kobieta i czarny niewolnik w Wirginii, w 1856 roku. To, co czułem, nie miało miejsca w społeczeństwie.
„Ellaner” – powiedziała ostrożnie. „Nie możesz. My nie możemy. Gdyby ktokolwiek wiedział, to by wiedział…”
—Co byś zrobił? Przecież już mieszkamy razem. Mój ojciec już mnie ci oddał. Co za różnica, czy cię kocham?
Różnica tkwi w bezpieczeństwie. Twoim bezpieczeństwie. Moim bezpieczeństwie. Jeśli ludzie postrzegają to jako uczucie, a nie jako obowiązek.
„Nie obchodzi mnie, co myślą inni” – powiedziałam, głaszcząc go po twarzy. „Dla mnie liczy się to, co ja czuję. I po raz pierwszy w życiu czuję miłość. Czuję, że ktoś mnie widzi. Że ktoś naprawdę mnie widzi. Nie wózek inwalidzki. Nie niepełnosprawność. Nie ciężar. Widzisz Ellanara. A ja widzę Jozjasza. Nie niewolnika. Nie bydlaka. Człowieka, który czyta poezję, tworzy piękne przedmioty z żelaza i traktuje mnie z większą życzliwością niż jakikolwiek wolny człowiek”.
„Gdyby twój ojciec wiedział.”
„To mój ojciec wszystko zaaranżował. To on nas połączył. Cokolwiek się stanie, on jest częściowo odpowiedzialny”. Pochyliłem się do przodu. „Josiah, rozumiem, że nie czujesz tego samego. Rozumiem, że to skomplikowane i niebezpieczne. Może po prostu czuję się samotny i zagubiony. Ale musiałem ci to powiedzieć”.
Milczał tak długo. Myślałam, że wszystko zepsułam. Potem: „Kochałam cię od naszej pierwszej prawdziwej rozmowy. Od kiedy zapytałeś mnie o Szekspira i uważnie wysłuchałeś mojej odpowiedzi. Od kiedy okazałeś mi troskę. Kochałam cię każdego dnia od tamtej pory. Nigdy nie myślałam, że będę mogła ci to powiedzieć”.
“Powiedz to teraz.”
“Kocham cię.”
Pocałowaliśmy się. Mój pierwszy pocałunek w wieku 22 lat, z mężczyzną, którego społeczeństwo uważało za nic niewartego, w bibliotece pełnej książek potępiających nasze czyny. Było idealnie.
Ale w Wirginii, w 1856 roku, perfekcja nie trwała długo. Nie dla ludzi takich jak my.
Przez pięć miesięcy Josiah i ja żyliśmy w bańce skradzionego szczęścia. Byliśmy ostrożni, nigdy nie okazywaliśmy uczuć publicznie, zachowując pozory posłusznego ucznia i mianowanego nauczyciela. Ale w życiu prywatnym byliśmy po prostu dwojgiem zakochanych ludzi.
Mój ojciec albo nie zwracał na to uwagi, albo udawał, że to ignoruje. Zauważył, że jestem szczęśliwsza, że Josiah jest uważny, że wszystko się układa. Nie pytał o czas, który spędzaliśmy sami, o to, jak Josiah na mnie patrzył, ani o mój uśmiech, gdy do niego podchodziłam.
Przez te pięć miesięcy zbudowaliśmy wspólne życie. Ja wciąż uczyłam się obsługi kuźni, tworząc coraz bardziej skomplikowane dzieła. On wciąż czytał, pochłaniając książki w bibliotece. Rozmawialiśmy bez końca o naszych marzeniach o świecie, w którym moglibyśmy być razem otwarcie, o niemożności ich spełnienia, o tym, jak odnaleźć radość w teraźniejszości pomimo niepewnej przyszłości.
I tak bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Nie będę opisywać, co dzieje się między dwojgiem zakochanych ludzi. Powiem jednak tak: Josiah podchodził do intymności fizycznej tak samo, jak do wszystkiego ze mną: z niezwykłą czułością, dbając o mój komfort i z szacunkiem, który sprawiał, że czułam się kochana, a nie wykorzystywana.
W październiku stworzyliśmy własny świat w niemożliwej przestrzeni, w której społeczeństwo zmusiło nas do zamknięcia. Byliśmy szczęśliwi w sposób, którego żadne z nas nie mogło sobie wyobrazić.
Potem mój ojciec odkrył prawdę i wszystko się zawaliło.