„Zdejmijcie ubrania”. To, co zrobili im potem niemieccy żołnierze, jest odrażające…

12 lutego 1943 roku, zachodnia Rosja, obwód smoleński. Duże płatki śniegu spadały na ruiny dawnej fabryki „Illiberal”, przekształconej na to, co niemieckie mapy wojskowe nazywały Obozem Medycznym nr 23. Ale nic ze starej fabryki tam nie pozostało, jedynie zimny, cierpki zapach środków dezynfekujących zmieszany z zaschniętą krwią i stłumiony dźwięk rozkazów wydawanych po niemiecku. W tych szarych, kamiennych murach radzieckie kobiety były pozbawiane imion, ubrań i wszelkich śladów człowieczeństwa, a wszystko zaczynało się zawsze tak samo.

„Austen Unthinkninen, zdejmij ubranie i uklęknij”.

Zwrot ten rozbrzmiewał echem w wąskich korytarzach, wypowiadany z klinicznym chłodem, pozbawiony gniewu i nienawiści, prosty rozkaz wykonany niczym protokół. Przez długi czas nikt nie śmiał mówić o tym, co nastąpiło. Oficjalnie to miejsce nie istniało. Żadnej wzmianki o Obozie Medycznym nr 23 w Archiwach Wehrmachtu. Żadnego zapisu o liczbie kobiet, które przez niego przeszły. Żadnych zdjęć, żadnych oficjalnych świadków, jedynie zeznania. A te zeznania prześladowały nielicznych ocalałych aż do ostatniego tchnienia. To historia, którą próbowali wymazać. Historia tych kobiet, których ciała służyły za króliki doświadczalne, których krzyki tłumiły odgłosy wojny, których imiona ginęły w mrokach czasu. Ale pewne historie nie chcą umrzeć, a ta jest jedną z nich.

Zima 1943 roku była szczególnie surowa w zachodniej Rosji. Okupacja niemiecka trwała już półtora roku, a terytorium pod kontrolą Wehrmachtu przekształciło się w sieć obozów, fortec i niemożliwych do przekroczenia obiektów wojskowych. Wśród nich znajdowało się tajne miejsce 40 km od Smoleńska, znane jako Stara Fabryka. Budynek idealnie nadawał się do realizacji zamierzeń Niemców: odizolowany, otoczony lasami i z grubymi murami, które tłumiły wszelki hałas. Fabryka działała do 1941 roku, ale po przybyciu Niemców robotnicy uciekli lub zostali rozstrzelani. Maszyny rozebrano, okna zabito deskami, a stary warsztat przekształcono.

W lutym 1943 roku Obóz Medyczny nr 23 działał już pełną parą, ale określenie „medyczny” było mylące. To, co się tam działo, nie miało nic wspólnego z medycyną. Chodziło o eksperymenty i tortury, podszywające się pod badania naukowe. Oficerkami były radzieckie kobiety. Przywieziono je z innych obozów – Ravensbrück, Sachsenhausen, a nawet z lokalnych obozów na okupowanych terytoriach. Wśród nich były pielęgniarki Armii Czerwonej schwytane na polu bitwy, członkowie partii aresztowani w lasach, nauczycielki oskarżone o działalność antyniemiecką i proste wieśniaczki, które znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Wszystkie przybyły z tą samą nadzieją: zostać wysłane na roboty przymusowe, mieć ostatnią szansę na przeżycie. Ale kiedy przekroczyły próg Obozu Medycznego nr 23, ta nadzieja zniknęła.

W centrum tego piekła stał mężczyzna w białej bluzie. Dr Ernst Völker, oficer SS, absolwent Uniwersytetu Berlińskiego w 1936 roku. Na przedwojennych fotografiach wyglądał jak zwyczajny człowiek. Średniego wzrostu, blondyn, w okrągłych okularach – nic nie wskazywało na potwora czającego się za tymi kamiennymi murami. Ale Völker przeobraził się w nieludzką istotę. Nie krzyczał, nie okazywał żadnych emocji i pracował z nieubłaganą metodą, jakby kobiety przed nim nie były żywymi istotami, a jedynie obiektami badań. Völker wszystko dokumentował w szczegółowych notatkach. Każde „wstrzyknięcie”, każde „reakcja”, każdy krzyk były rejestrowane z naukową precyzją. Opisywał eksperymenty, jakby pisał rozprawę naukową, zimnym, obojętnym językiem, który czynił horror jeszcze bardziej nie do zniesienia. Jedna z jego notatek, odkryta dekady później, brzmiała: „Osoba 47, kobieta, około 28 lat. Wstrzyknięcie rozwiązania A w prawe udo. Czas: 14:37. Reakcja obserwacyjna po 4 minutach. Konwulsje, odwołać, kryzys. Osoba straciła przytomność o 14:52. Zgon potwierdzony o 15:01. Pobrano próbki tkanki do analizy”.

Osoba 47. Nawet jej imię nie było zapisane. Była tylko numerem w notatniku Völkera, ale miała imię. Nazywała się Anna Pietrowna Sokołowa. Miała 26 lat. Była nauczycielką i pochodziła ze wsi Pod Wiaźmą. Zostawiła ośmioletniego syna, którego nigdy więcej nie zobaczyła. Obok Völkera stał inny mężczyzna. Klaus Rittner, oficer SS o nienagannej postawie i lodowato niebieskich oczach. Jeśli Völker był naukowcem tego piekła, to Rittner był jego administratorem. Rejestrował każdą kobietę wchodzącą do obozu, nadawał jej numer i odnotowywał jej wiek i stan.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *